Alaksandr
„Mam wrażenie, że po prostu uciekłem, a mogłem dalej walczyć bez względu na wszystko"
Alaksandr
„Mam wrażenie, że po prostu uciekłem, a mogłem dalej walczyć bez względu na wszystko"
Alaksandr pochodzi z Grodna, pracuje jako programista, z wykształcenia jest inżynierem energetykiem i nigdy wcześniej nie interesował się polityką. Zaczął udzielać się jako aktywista podczas ubiegłorocznej kampanii wyborczej, a potem brał czynny udział w akcjach protestacyjnych. Niezależnie od tego, jak bardzo się starał, zawsze czuł, że nie robi wystarczająco dużo. W październiku został wezwany na komisariat w celu przesłuchania w charakterze świadka. Pokazano mu wtedy na wideo łańcuch solidarności, w którym stanął. Za radą swojego prawnika Alaksandr niemal natychmiast wyjechał na Ukrainę, by ubiegać się o azyl polityczny. Od tego czasu mieszka w Kijowie. Pomimo poważnych przyczyn, dla których opuścił ojczyznę, Alaksandr przyznaje, że nadal czuje się jak uciekinier i obwinia się za to.
Teraz brzmi to zabawnie, ale nigdy nie byłem osobą aktywną politycznie. Zawsze podchodziłem do tego w ten sposób: dlaczego miałbym tu wszystko zmieniać, jeśli mogę po prostu przeprowadzić się do jakiegoś lepszego kraju, gdzie panują ludzkie warunki i gdzie traktuje się mieszkańców po ludzku?
Szczerze mówiąc historia mojego zaangażowania w to wszystko nie jest szczególnie ciekawa. Mój brat i jego żona wyjechali tego lata na wakacje. Mają w domu dwa koty i poprosili mnie, żebym się nimi zaopiekował. Zostałem u nich na tydzień, przeglądałem wideo na YouTube używając ich konta, w rekomendowanych filmach pojawiało się sporo polityki. Zainteresowałem się tym tematem, obejrzałem kilka filmów – złość zaczęła we mnie kipieć! W końcu zobaczyłem, a właściwie to zdałem sobie sprawę z tego, jak zła jest sytuacja z wyborami: kandydaci nie są dopuszczani do startu w wyborach, już zaczęto wsadzać ich do więzienia. Coś we mnie drgnęło, zrozumiałem, że miarka się przebrała, że nie mogę już dłużej trzymać się z dala od polityki, po prostu nie mogę już być obojętny. Potem zacząłem czytać o wiele więcej wiadomości. 15 lipca Wiktar Babaryka nie został dopuszczony do udziału w wyborach i aresztowano go na podstawie wydumanych oskarżeń.

Wtedy właśnie po raz pierwszy wyszedłem na ulice, w Grodnie miał miejsce protest. Wcześniej obserwowałem wszystko w Internecie, ale kiedy zobaczyłem, że planowany jest protest w moim mieście, natychmiast napisałem do wszystkich moich przyjaciół i znajomych. Zapytałem: „No to co, idziemy dzisiaj?" i prawie wszyscy odpowiedzieli wstawiając plusa. Dali tym samym znać, że też pójdą. Zrobiło się miło, pojawiło się uczucie, że wiele osób się zaangażowało. Oczywiście byłem wtedy jeszcze zupełnie zielony i zażartowałem: „No to kiedy będą nas bić pałkami?".

Wkręciłem się! Przed wyborami moi przyjaciele i ja roznosiliśmy ulotki na temat platformy Hołas, po to, by ludzie wiedzieli, że można uczciwie policzyć głosy! W jeden wieczór potrafiliśmy porozklejać na klatkach schodowych ponad 500 takich ulotek. Rozdawaliśmy białe bransoletki (symbol poparcia kandydatury Swiatłany Cichanouskiej – belsat.eu). Sam rozdałem około 400 bransoletek. To sprawiało ogromną przyjemność – 70 procent przechodniów wiedziało, co to za wstążki i brało je z przyjemnością. Reszta tylko pytała, po co one są. To byli ci, którzy z zasady ich nie brali.

Ze względu na to, że cała ta aktywność miała miejsce wieczorem, po pracy, byłem bardzo zmęczony. Na początku było to przyjemne zmęczenie. To właśnie wtedy pojawia się to uczucie: jeśli tego nie zrobisz, będziesz się źle czuł. Będzie ci się wydawało, że tłumisz w sobie pragnienie, by coś zrobić. Więc całkowicie oddałem się temu rodzajowi aktywizmu. Tak, byłem przepracowany i wyczerpany, ale potem czułem, że robię to wszystko nie na próżno, że to coś ważnego nawet dla mnie.

Po wyborach, oczywiście, zmieniła się forma aktywności. Chodziłem na protesty prawie każdego wieczoru, dalej roznosiłem ulotki, dalej rozmawiałem z ludźmi.

Wkręciłem się! Przed wyborami moi przyjaciele i ja roznosiliśmy ulotki na temat platformy Hołas, po to, by ludzie wiedzieli, że można uczciwie policzyć głosy! W jeden wieczór potrafiliśmy porozklejać na klatkach schodowych ponad 500 takich ulotek. Rozdawaliśmy białe bransoletki (symbol poparcia kandydatury Swiatłany Cichanouskiej – belsat.eu). Sam rozdałem około 400 bransoletek. To sprawiało ogromną przyjemność – 70 procent przechodniów wiedziało, co to za wstążki i brało je z przyjemnością. Reszta tylko pytała, po co one są. To byli ci, którzy z zasady ich nie brali.

Ze względu na to, że cała ta aktywność miała miejsce wieczorem, po pracy, byłem bardzo zmęczony. Na początku było to przyjemne zmęczenie. To właśnie wtedy pojawia się to uczucie: jeśli tego nie zrobisz, będziesz się źle czuł. Będzie ci się wydawało, że tłumisz w sobie pragnienie, by coś zrobić. Więc całkowicie oddałem się temu rodzajowi aktywizmu. Tak, byłem przepracowany i wyczerpany, ale potem czułem, że robię to wszystko nie na próżno, że to coś ważnego nawet dla mnie.

Po wyborach, oczywiście, zmieniła się forma aktywności. Chodziłem na protesty prawie każdego wieczoru, dalej roznosiłem ulotki, dalej rozmawiałem z ludźmi.

„Czułem, że moje życie podzieliło się na „dni protestu" – kiedy działy się ważne rzeczy i „zwykłe dni" – kiedy wszystko było jak zawsze. To, że walka toczy się dalej, a my istniejemy zawsze i wszędzie było dla mnie bardzo ważne. Chciałem, żeby inni ludzie też widzieli i pamiętali".
Czułem, że moje życie podzieliło się na „dni protestu" – kiedy działy się ważne rzeczy i „zwykłe dni" – kiedy wszystko było jak zawsze. To, że walka toczy się dalej, a my istniejemy zawsze i wszędzie było dla mnie bardzo ważne. Chciałem, żeby inni ludzie też widzieli i pamiętali.
Przez cały wrzesień raz w tygodniu wychodziliśmy malować graffiti. Wydawało się, że w końcu osiągamy cel, który sobie postawiliśmy - w „zwykłe" dni też byliśmy zauważani. Wszystko, co malowaliśmy, już o 9 rano było zamazywane przez pracowników administracji i służb komunalnych, którzy przyjeżdżali na miejsce z milicją. Kiedy przechodziłem obok, zawsze myślałem: pracujcie! Pracujcie nawet przez całą dobę. I pamiętajcie o nas! Na początku, oczywiście bałem się robić w nocy takie rzeczy, ale potem człowiek po prostu się do tego przyzwyczaja. Nie sposób nie przyzwyczaić się do życia w ciągłym, dzikim stresie. Kiedy przyjechałem do Kijowa, przez pierwsze dwa tygodnie miałem ogromne huśtawki nastrojów. W ciągu ostatnich miesięcy na Białorusi przyzwyczaiłem się do życia pełnego niepokoju i tłumnych wydarzeń, a tu właściwie nic się nie dzieje.

Ale mimo wszystko 9 sierpnia był punktem zwrotnym. W kwestii polityki wszystko wywróciło się do góry nogami. Wszyscy moi przyjaciele w Grodnie i ja głosowaliśmy. Śmialiśmy się nawet z jednego kolegi, który zapomniał zrobić zdjęcie swojej karty do głosowania, by wysłać je na platformę Hołas. Część osób została do późna w lokalach wyborczych, aby dowiedzieć się, jakie są wyniki. My byliśmy tam przez chwilę, po czym poszliśmy prosto na główny plac w mieście. Było dla nas bardzo ważne, by wyjść tego dnia na ulice, by władze widziały, że nie jesteśmy obojętni, że nam zależy. Przyjechaliśmy dosyć wcześnie, nie było zbyt wielu ludzi, więc postanowiliśmy po prostu usiąść przy drodze obok klombu i poczekać. Niemal od razu, po jakichś pięciu minutach, podjechał bus i zabrał połowę naszej grupy. Siedziałem w ciszy, nie ruszałem się, praktycznie nie oddychałem. Nie mogłem w to uwierzyć – nie zabrali mnie, bo w busie nie było już miejsca. Widziałem, jak po kolei każą wstać moim przyjaciołom, opanowała mnie wewnętrzna panika, ale powtarzałem sobie „nie ruszaj się, nie ruszaj się, nie ruszaj się". To było niesamowicie przerażające, ale im dalej się posuwasz, tym bardziej... To tak, jakby coś w tobie, co jest odpowiedzialne za strach, przestało działać. Ten dzień wiele pokazał. Protesty były rozganiane, ale po jakimś czasie ludzie znów przychodzili i wypełniali plac, znowu ich rozpraszano, a oni kolejny raz przychodzili. Widok ogromnej kolumny, której końca nie widać, zapiera dech w piersiach! I w ten sposób na przestrzeni tych wszystkich miesięcy człowiek po prostu przestaje się bać – robi się wszystko na automacie. Tego samego wieczoru stanąłem na drodze w łańcuchu solidarności z 200 innymi osobami, które przybyły na protest. To z tego powodu musiałem potem wyjechać z kraju.

Z nocy 9 sierpnia zostało mi w pamięci kilka strasznych przebłysków: stoimy, łańcuch, OMON nadchodzi, by nas pobić. I pamiętam, że obudziłem się, ponieważ mój oddech stał się bardzo szybki, byłem w stanie paniki, poczułem się bardzo źle. Moi przyjaciele powiedzieli, że oni również doświadczyli czegoś podobnego.
Z nocy 9 sierpnia zostało mi w pamięci kilka strasznych przebłysków: stoimy, łańcuch, OMON nadchodzi, by nas pobić. I pamiętam, że obudziłem się, ponieważ mój oddech stał się bardzo szybki, byłem w stanie paniki, poczułem się bardzo źle. Moi przyjaciele powiedzieli, że oni również doświadczyli czegoś podobnego.
Byłem w to tak aktywnie zaangażowany, że po pierwszych dwóch tygodniach po wyborach, przez tę nieustającą aktywność i nerwy, prawie przestałem jeść. Wieczorami kręciło mi się w głowie ze zmęczenia. Wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę trochę odpuścić.

Jak w ogóle trafiłem na Ukrainę? Pewnego dnia milicyjny bus przyjechał po mnie do mojej pracy. Nie wiedziałam, dlaczego. Jeden z mężczyzn przyszedł do naszego biura, ale moi koledzy powiedzieli, że mnie nie ma. Wrócił do busa, siedział tam godzinę, a potem przyszedł z wezwaniem do Komitetu Śledczego. Miałem stawić się jako świadek. Chyba po świadków nie wysyła się całego busa? Już od trzech tygodni mieszkałem w mieszkaniu mojego brata i jego żony – jest wynajmowane, a moje nazwisko nie jest nigdzie wymienione. To był środek zapobiegawczy, bo pojawiałem się w różnych miejscach, a mam farbowane włosy, jestem wysoki. Przeprowadziłem się na wszelki wypadek. I właśnie to nastąpiło. Miałem spotkanie online z klientami, nagle kilka osób napisało mi w czacie: „Sasza, uciekaj, przyjechali po ciebie". Postanowiłem wyjaśnić, co się dzieje, pomyślałem przez chwilę. Rozpisałem w głowie plan, jak się zakraść na podwórko, jeśli coś się stanie. Ale nie musiałem. Zostawili wezwanie w biurze i odjechali.

W końcu postanowiłem zastosować się do wezwania, bałem się, że jeśli się nie pojawię, to wezmą się za mnie na poważnie. Od razu poszedłem z prawnikiem. Podczas przesłuchania pokazali mi nagranie wideo, na którym widać łańcuch, w którym stałem i zapytali, co to jest, czy kogoś rozpoznałem i gdzie to jest. Za radą prawnika udawałem głupka – powiedziałem, że nic nie wiem i nikogo nie rozpoznaję. Poproszono mnie o telefon, chcieli go skonfiskować, a ja skłamałem, że mi się zepsuł i nie mam go ze sobą. Dlatego musiałem przyjść drugi raz i oddać swój telefon „dla dobra śledztwa". Na szczęście, miałem w domu stary, zepsuty telefon, którego od dawna nie używałem.
Bardzo przestraszył mnie spokój, z jakim mój prawnik udzielał mi rad. Z kamienną twarzą mówił: „Jeżeli zaczną pana bić, to proszę spróbować wybrać mój numer, wtedy nagram moment napadu i spróbuję się do pana dostać. Jeśli się nie uda, proszę krzyczeć bardzo głośno". Jakby to była zupełnie zwykła sprawa! Wtedy zrobiło się naprawdę strasznie.
Ale w końcu wszystko odbyło się normalnie. Oddałem mój stary telefon, podpisałem coś i poszedłem do domu. Zadzwoniłem do mojego prawnika, powiedział mi, że wygląda na to, że teraz szukają kogoś, kogo mogliby wsadzić za kraty za tamte sierpniowe wydarzenia. Przeglądają filmy, wzywają na przesłuchania. A fakt, że stałem w łańcuchu, że „stawiałem opór milicjantom" i „ingerowałem w ruch uliczny" – może stać się oskarżeniem w sprawie karnej, jeśli tylko zechcą. Ogólnie rzecz biorąc mój prawnik bardzo mnie wystraszył, sam też zdałem sobie sprawę, że mogę skończyć w więzieniu i spędzić tam długi czas. Dlatego podjąłem decyzję w jeden dzień. Wieczorem poszedłem do baru, usiadłem z przyjaciółmi, opowiedziałem kilku osobom o moich planach i to wszystko. Kupiłem bilety do Kijowa, spakowałem swoje rzeczy i wyjechałem.

Przez pierwszy tydzień w Kijowie chodziłem bez przerwy, gotowało się we mnie. Potrzebowałem aktywności, inaczej czułem się po prostu fizycznie źle. Uczucie, jakie mnie ogarnęło, było podobne do tego, co czują ludzie po powrocie z wojny. Jak w dziełach Remarque'a. To nie były prześladujące mnie wspomnienia, ale po prostu ciarki: miałem dreszcze, ale bardziej na poziomie emocjonalnym, nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć tego uczucia. Czułem straszny lęk i drżałem. Staram się nie oglądać wiadomości, ponieważ to wywołuje u mnie jeszcze większy stres. Ale w końcu i tak je oglądam. Wiem, że od tego będzie tylko wzrastać frustracja i lęk, ale to jest silniejsze ode mnie. Po prostu czytam wiadomości i znów odczuwam w sobie silny gniew i niepokój. Mam też problemy ze snem, zaczęły się jeszcze na Białorusi, ale do tej pory się ich nie pozbyłem. Przez ostatnie kilka tygodni z powodu stresu w ogóle nie mogę spać – zasypiam regularnie dopiero nad ranem.

Mam też wrażenie, że po prostu uciekłem, podczas gdy mogłem dalej walczyć bez względu na wszystko. Na przykład zmienić pracę na zdalną, mieszkać w mieszkaniu mojego brata, w którym nie jestem zameldowany. Zostać tam, kontynuować moją aktywność. Pomyślałem też, że mogę poprosić jakiegoś bezdomnego, żeby kupił kartę SIM na jego nazwisko za butelkę wódki – przecież nigdy by mnie nie znaleźli. Często układam sobie ten scenariusz w mojej głowie.

Mimo wszystko towarzyszy mi uczucie, że mogłem zrobić więcej. Gdybym był teraz na Białorusi, po prostu starałbym się jeszcze bardziej. Czasami, gdy moje ciało odmawiało współpracy, odpoczywałem przez dzień lub dwa i wracałem do walki. Ale teraz tak się nie da. Wyjechałem i nie mogę zrobić nic. Nie jest łatwo się z tym pogodzić. Kiedy oglądam wiadomości, myślę, że mogłem tam być, ze wszystkimi!
Tu czuję się bardzo samotny. Jestem przyzwyczajony do czegoś innego. Miałem sporo przyjaciół w Grodnie, w piątki zawsze zbieraliśmy się w tym samym barze. To było nasze miejsce. Tu jestem całkiem sam, nie znam nikogo. Po tych wszystkich wydarzeniach zupełnie zmienił się mój sposób myślenia o życiu. Teraz dzielę wszystko na dwie kategorie: są sprawy naprawdę poważne – kiedy można zostać zabitym, zamkniętym w więzieniu na długi czas, okaleczonym, a dopiero potem jest wszystko inne. I to „wszystko inne" nie jest takie ważne.

Z jednej strony tak łatwiej jest być sobą – przestaje się zwracać uwagę na to, co ludzie o tobie myślą. Czasami jednak taka pozycja przeszkadza w kontaktach z innymi ludźmi – tworzy pewnego rodzaju barierę społeczną. Słyszy się o różnych rzeczach: o kłótniach z dziewczynami, o problemach na uniwersytecie. A człowiek w swojej głowie szczerze to wszystko deprecjonuje. Mimowolnie myślisz: „Boże, naprawdę przejmujesz się takimi rzeczami?". I wtedy zdajesz sobie sprawę, że dla ciebie ważne są zupełnie inne problemy. Wasze myśli oscylują na całkowicie różnych poziomach.

I być może jest to przykre, ale zdajesz sobie sprawę, że twój poziom jest niższy. Twoje podstawowe potrzeby są zaspokojone – żyjesz, jesteś w jednym kawałku i wszystko jest w porządku. A oni mają wyższe potrzeby, bo na poziomie podstawowym u nich wszystko gra i mogą się martwić o coś innego. Ja chcę odejść od tego wszystkiego, uspokoić się, znaleźć kompromis z własnym wnętrzem. Dlatego staram się pracować nad sobą – czytać mniej wiadomości, bardziej dbać o siebie.

To zabawne, że wcześniej chciałem przeprowadzić się do innego kraju. A kiedy państwo ogarnęły te wydarzenia, po raz pierwszy poczułem, że Białoruś jest moim krajem, że po tym wszystkim, będę gotów tam zostać nawet, jeśli wszystko będzie do kitu. Dlatego, że chcę pomóc. Pojawiło się uczucie solidarności, którego nigdy wcześniej nie czułem. Niezależnie od tego, gdzie jestem, teraz słowa „naród" i „ojczyzna" wiele dla mnie znaczą.
To zabawne, że wcześniej chciałem przeprowadzić się do innego kraju. A kiedy państwo ogarnęły te wydarzenia, po raz pierwszy poczułem, że Białoruś jest moim krajem, że po tym wszystkim, będę gotów tam zostać nawet, jeśli wszystko będzie do kitu. Dlatego, że chcę pomóc. Pojawiło się uczucie solidarności, którego nigdy wcześniej nie czułem. Niezależnie od tego, gdzie jestem, teraz słowa „naród" i „ojczyzna" wiele dla mnie znaczą.