POWIEDZIELI,
ŻE WYWIOZĄ NAS DO LASU I ROZSTRZELAJĄ
Wadzim (imię zmienione)
POWIEDZIELI,
ŻE WYWIOZĄ
NAS DO LASU I ROZSTRZELAJĄ
Wadzim (imię zmienione)
Wadzim, podobnie jak setki innych osób zatrzymanych w pierwszych dniach powyborczych protestów, opuścił Białoruś. Przed rozmową chłopak jest zdenerwowany, pali papierosa za papierosem i długo się waha: rozmawiać z nami anonimowo czy pod swoim imieniem. Na Białorusi zostawił rodzinę i właściwie całe jego dotychczasowe życie, do którego chciałby kiedyś wrócić. Na początku odpowiada krótko, urywkami: „No, bili", „Nie ma o czym mówić – innych bili znacznie mocniej". Obrażenia po pobiciu po prostu „bolały". Tym, co Wadzim wspomina najgorzej, było nieopisane uczucie przerażenia, jakiego chłopak nigdy dotąd nie odczuł.
Wadzim, podobnie jak setki innych osób zatrzymanych w pierwszych dniach powyborczych protestów, opuścił Białoruś. Przed rozmową chłopak jest zdenerwowany, pali papierosa za papierosem i długo się waha: rozmawiać z nami anonimowo czy pod swoim imieniem. Na Białorusi zostawił rodzinę i właściwie całe jego dotychczasowe życie, do którego chciałby kiedyś wrócić. Na początku odpowiada krótko, urywkami: „No, bili", „Nie ma o czym mówić – innych bili znacznie mocniej". Obrażenia po pobiciu po prostu „bolały". Tym, co Wadzim wspomina najgorzej, było nieopisane uczucie przerażenia, jakiego chłopak nigdy dotąd nie odczuł.
Wadzima brutalnie zatrzymano zupełnie bez powodu. Chłopak palił papierosa w pobliżu sklepu. Potem poszło szybko – posterunek milicji, piwnica, aula na komisariacie. Ze szczegółami opowiada nam o pierwszych godzinach zatrzymania. Mówi o dziesiątkach, a nawet sektach pobitych mężczyzn, którzy klęczeli na betonowej podłodze, oraz mundurowych, którzy bili z byle przyczyny albo w ogóle bez powodu. - Nie myślałem wtedy wiele, chciałem tylko, żeby nie bili mnie mocniej - mówi. Ale prawdziwy horror zaczął się rano, gdy po zatrzymanych przyjechała milicyjna więźniarka.
Wadzima brutalnie zatrzymano zupełnie bez powodu. Chłopak palił papierosa w pobliżu sklepu. Potem poszło szybko – posterunek milicji, piwnica, aula na komisariacie. Ze szczegółami opowiada nam o pierwszych godzinach zatrzymania. Mówi o dziesiątkach, a nawet sektach pobitych mężczyzn, którzy klęczeli na betonowej podłodze, oraz mundurowych, którzy bili z byle przyczyny albo w ogóle bez powodu. - Nie myślałem wtedy wiele, chciałem tylko, żeby nie bili mnie mocniej - mówi. Ale prawdziwy horror zaczął się rano, gdy po zatrzymanych przyjechała milicyjna więźniarka.
Rysunek Wadzima
Ludzi dosłownie wrzucano do więźniarek, głowami do przodu. Potem mundurowi zmuszali zatrzymanych do leżenia jeden na drugim. Wadzim mówi, że i tak miał szczęście - leżał na kilku warstwach ludzi, którzy dusili się pod ciężarem ciał. Mężczyzna leżący obok nie wytrzymał z bólu i wypróżnił się leżąc na podłodze. Przez całą drogę do aresztu w Żodzinie zatrzymani byli bici. Ten proces funkcjonariusze OMON-u nazywali prześmiewczo „naprawą".
Ludzi dosłownie wrzucano do więźniarek, głowami do przodu. Potem mundurowi zmuszali zatrzymanych do leżenia jeden na drugim. Wadzim mówi, że i tak miał szczęście - leżał na kilku warstwach ludzi, którzy dusili się pod ciężarem ciał. Mężczyzna leżący obok nie wytrzymał z bólu i wypróżnił się leżąc na podłodze. Przez całą drogę do aresztu w Żodzinie zatrzymani byli bici. Ten proces funkcjonariusze OMON-u nazywali prześmiewczo „naprawą".
Zmęczeni już biciem OMON-owcy zaczęli straszyć leżących w stosach mężczyzn: „Do Żodzina nie dojedziecie. Wywieziemy was do lasu i tam rozstrzelamy". Wadzim w to uwierzył. Bito tak mocno, że łatwo było uwierzyć: po czymś takim można oczekiwać wyłącznie rozstrzelania.

Wadzim nawet nie trafił przed sąd, ponieważ jego dokumenty zaginęły. Po kilku dniach wypuszczono go razem z innymi – osądzonymi i nieosądzonymi. Jego rodzice zaczęli dostawać telefony z Komitetu Śledczego. Zgodził się przyjechać, by porozmawiać o zamieszkach, jeśli otrzyma pisemne wezwanie do stawienia się przed Komitetem. Nie czekał jednak na oficjalne zaproszenie od śledczych i opuścił kraj.
Zmęczeni już biciem OMON-owcy zaczęli straszyć leżących w stosach mężczyzn: „Do Żodzina nie dojedziecie. Wywieziemy was do lasu i tam rozstrzelamy". Wadzim w to uwierzył. Bito tak mocno, że łatwo było uwierzyć: po czymś takim można oczekiwać wyłącznie rozstrzelania.

Wadzim nawet nie trafił przed sąd, ponieważ jego dokumenty zaginęły. Po kilku dniach wypuszczono go razem z innymi – osądzonymi i nieosądzonymi. Jego rodzice zaczęli dostawać telefony z Komitetu Śledczego. Zgodził się przyjechać, by porozmawiać o zamieszkach, jeśli otrzyma pisemne wezwanie do stawienia się przed Komitetem. Nie czekał jednak na oficjalne zaproszenie od śledczych i opuścił kraj.