120 OSÓB W POMIESZCZENIU PIĘĆ NA PIĘĆ METRÓW
Stanisłau (imię zmienione)
120 OSÓB W
POMIESZCZENIU
PIĘĆ NA PIĘĆ
METRÓW
Stanisłau (imię zmienione)
Stanisłau rozmawia z nami niechętnie. Mówi krótkimi zdaniami, niewiele o sobie – więcej o tym, jak inni ludzie byli torturowani i bici. Mężczyzna wciąż podkreśla, że to, co spotkało jego to nic w porównaniu z tym, jak cierpieli inni. Chociaż i jego historia jest po prostu straszna.
Stanisłau rozmawia z nami niechętnie. Mówi krótkimi zdaniami, niewiele o sobie – więcej o tym, jak inni ludzie byli torturowani i bici. Mężczyzna wciąż podkreśla, że to, co spotkało jego to nic w porównaniu z tym, jak cierpieli inni. Chociaż i jego historia jest po prostu straszna.
11 sierpnia nie brał udziału w protestach, po prostu wieczorem wracał z pracy mostem nad rzeką Świsłocz. Natknął się na milicjantów. Spytali: „Co ty tu robisz? Idziesz budować barykady?". Kiedy Stanisłau odmówił odblokowania telefonu, powiedzieli: „To nasz klient, trzeba z nim ostro" i wrzucili go do radiowozu twarzą do ziemi. Najpierw bili w wątrobę i w tył głowy. Następnie Stanisława i setki innych zatrzymanych przywieziono na komisariat milicji dzielnicy Leninski Rajon w Mińsku. Na korytarzu kilkudziesięciu OMON-owców biło nowo przybyłych. Potem ustawili zatrzymanych wzdłuż ściany, związali im ręce i zmuszali do klękania.

– Jeden z nich mocno mnie uderzył, dostałem zawrotów głowy, osunąłem się na asfalt i od razu usłyszałem krzyk: „Jeszcze raz upadniesz i już się nie podniesiesz" – wspomina mężczyzna.
11 sierpnia nie brał udziału w protestach, po prostu wieczorem wracał z pracy mostem nad rzeką Świsłocz. Natknął się na milicjantów. Spytali: „Co ty tu robisz? Idziesz budować barykady?". Kiedy Stanisłau odmówił odblokowania telefonu, powiedzieli: „To nasz klient, trzeba z nim ostro" i wrzucili go do radiowozu twarzą do ziemi. Najpierw bili w wątrobę i w tył głowy. Następnie Stanisława i setki innych zatrzymanych przywieziono na komisariat milicji dzielnicy Leninski Rajon w Mińsku. Na korytarzu kilkudziesięciu OMON-owców biło nowo przybyłych. Potem ustawili zatrzymanych wzdłuż ściany, związali im ręce i zmuszali do klękania.

– Jeden z nich mocno mnie uderzył, dostałem zawrotów głowy, osunąłem się na asfalt i od razu usłyszałem krzyk: „Jeszcze raz upadniesz i już się nie podniesiesz" – wspomina mężczyzna.
Na dziedziniec komisariatu zaprowadzono około 40 osób. Stali tam kilka godzin, niektórzy z nich zmęczyli się i usiedli na ziemi. Jeśli zauważyli to milicjanci albo OMON-owcy, natychmiast zaczynali bić zatrzymanych. W nocy milicjanci dali zatrzymanym jedną dużą butelkę wody do podziału między wszystkich. Po chwili jednak funkcjonariusz OMON-u zabrał im wodę i krzyknął: „ Żebyście wszyscy umarli z pragnienia!".
Na dziedziniec komisariatu zaprowadzono około 40 osób. Stali tam kilka godzin, niektórzy z nich zmęczyli się i usiedli na ziemi. Jeśli zauważyli to milicjanci albo OMON-owcy, natychmiast zaczynali bić zatrzymanych. W nocy milicjanci dali zatrzymanym jedną dużą butelkę wody do podziału między wszystkich. Po chwili jednak funkcjonariusz OMON-u zabrał im wodę i krzyknął: „ Żebyście wszyscy umarli z pragnienia!".
Około ósmej rano ludzi zaczęto przewozić do aresztu przy ul. Akreścina. Tam na więźniów czekały dwa rzędy funkcjonariuszy OMON-u. Krzycząc „Hańba" i bijąc zatrzymanych, zapędzili do pomieszczenia o wymiarach pięć na pięć metrów około 120 osób.
Około ósmej rano ludzi zaczęto przewozić do aresztu przy ul. Akreścina. Tam na więźniów czekały dwa rzędy funkcjonariuszy OMON-u. Krzycząc „Hańba" i bijąc zatrzymanych, zapędzili do pomieszczenia o wymiarach pięć na pięć metrów około 120 osób.
Rysunek Stanisława
– W kącie zatłoczonego pokoju zamiast toalety stały butelki z moczem. Ledwo wystarczało miejsca, by stać. Staliśmy przyciśnięci do siebie nawzajem, żeby przynajmniej tak, na stojąco, móc się przespać – wspomina Stanisłau. Tam, bez jedzenia, wody, bez możliwości chociażby usiąść, sto dwadzieścia osób spędziło 12 godzin. Niektórzy ludzie byli tak pobici, że ledwo widzieli. Stanisław pamięta ludzi ranami od postrzału gumowymi kulami na nogach. – Na nasze wołania, pukanie do drzwi i prośby o wpuszczenie lekarza nie odpowiadał nikt… Prosiliśmy o wodę, lekarza, możliwość skorzystania z toalety – opowiada mężczyzna urwanymi zdaniami. Doktor przyszedł kilka godzin później. Przez cały ten czas odbywały się 5-minutowe procesy sądowe. Ludzi, niezależnie od ich stanu i okoliczności, w jakich zostali schwytani, skazywano na 10-15 dni pozbawienia wolności.
– W kącie zatłoczonego pokoju zamiast toalety stały butelki z moczem. Ledwo wystarczało miejsca, by stać. Staliśmy przyciśnięci do siebie nawzajem, żeby przynajmniej tak, na stojąco, móc się przespać – wspomina Stanisłau. Tam, bez jedzenia, wody, bez możliwości chociażby usiąść, sto dwadzieścia osób spędziło 12 godzin. Niektórzy ludzie byli tak pobici, że ledwo widzieli. Stanisław pamięta ludzi ranami od postrzału gumowymi kulami na nogach. – Na nasze wołania, pukanie do drzwi i prośby o wpuszczenie lekarza nie odpowiadał nikt… Prosiliśmy o wodę, lekarza, możliwość skorzystania z toalety – opowiada mężczyzna urwanymi zdaniami. Doktor przyszedł kilka godzin później. Przez cały ten czas odbywały się 5-minutowe procesy sądowe. Ludzi, niezależnie od ich stanu i okoliczności, w jakich zostali schwytani, skazywano na 10-15 dni pozbawienia wolności.
Pod wieczór zatrzymani usłyszeli dźwięki nadjeżdżających więźniarek i straszne krzyki dziesiątków ludzi. Myśleli, że przywieziono nowych więźniów, ale mylili się. – Wygonili nas na zewnątrz i wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że my też teraz będziemy krzyczeć. To były krzyki tych, których wypuszczali tamtej nocy. Podzielili nas na kilkudziesięcioosobowe grupy, a potem losowo wybierali po sześć osób z każdej grupy, prowadzili pod mur i bili albo odsyłali z powrotem do celi. Nie było żadnej zasady, mogli wziąć każdego – mówi Stanisłau. Jego grupa miała szczęście, wszyscy zostali wypuszczeni, ale tuż przed tym prawie wszyscy dostali jeszcze po kilka ciosów pałkami.

Następnego dnia Stanisłau… poszedł do pracy. Przeprosił za swoją nieobecność. Jego szef zaproponował, by ten wziął dzień wolny.

– Byłem w takim stanie… Nie spałem od trzech dni, ale i tak nie byłem senny... Dopiero wieczorem zmęczenie mnie pokonało – wspomina mężczyzna.

Nie szukał pomocy, nie prosił o pieniądze na leczenie.

– Dostało mi się o wiele lżej niż innym. Wszystko samo się zagoiło. O pomoc nie prosiłem. Widziałem, jak bili innych i jak mnie. Jest różnica. Ja mam tylko siniaki i zadrapania – zbywa nas Stanisłau.
Pod wieczór zatrzymani usłyszeli dźwięki nadjeżdżających więźniarek i straszne krzyki dziesiątków ludzi. Myśleli, że przywieziono nowych więźniów, ale mylili się. – Wygonili nas na zewnątrz i wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że my też teraz będziemy krzyczeć. To były krzyki tych, których wypuszczali tamtej nocy. Podzielili nas na kilkudziesięcioosobowe grupy, a potem losowo wybierali po sześć osób z każdej grupy, prowadzili pod mur i bili albo odsyłali z powrotem do celi. Nie było żadnej zasady, mogli wziąć każdego – mówi Stanisłau. Jego grupa miała szczęście, wszyscy zostali wypuszczeni, ale tuż przed tym prawie wszyscy dostali jeszcze po kilka ciosów pałkami.

Następnego dnia Stanisłau… poszedł do pracy. Przeprosił za swoją nieobecność. Jego szef zaproponował, by ten wziął dzień wolny.

– Byłem w takim stanie… Nie spałem od trzech dni, ale i tak nie byłem senny... Dopiero wieczorem zmęczenie mnie pokonało – wspomina mężczyzna.

Nie szukał pomocy, nie prosił o pieniądze na leczenie.

– Dostało mi się o wiele lżej niż innym. Wszystko samo się zagoiło. O pomoc nie prosiłem. Widziałem, jak bili innych i jak mnie. Jest różnica. Ja mam tylko siniaki i zadrapania – zbywa nas Stanisłau.